‚Historia pewnej niewierności’ Danka Braun

niewierniscWiele osób zastanawia się co dzieje się po owym magicznym „i żyli długo i szczęśliwie”, które kończy większość baśni i książek. Czy księżniczka była przykładną panią domu i gotowała księciu pyszne obiady? Czy wybranek jej serca wracał zawsze o czasie z pracy, żeby pomóc jej w domowych obowiązkach? A może zła teściowa podkradała się codziennie do garnka z zupą i specjalnie ją przesalała, żeby skłócić małżonków?
Kończenie książek na tym frazesie, znanym każdej małej dziewczynce, to dawanie złudzenia, że wraz z zaakceptowaniem miłości znikają wszystkie problemy a życie staje się sielanką.
Autorka „Historii pewnej niewierności” Danka Braun, rzuciła się na głęboką wodę i opisała to, co może dziać się po tym, jak narrator słodkim głosem oznajmia, iż „wszyscy żyli długo i szczęśliwie.”
W drugiej części swojej sagi o Orłowskich (przypomnienie pierwszej części) poznajemy ich dalsze losy. Robert i Renata wychowują wspólnie dwójkę swoich dzieci – nastoletniego już Krzysia i kilkuletnia Izę. Mieszkają w dużym, wygodnym domu, pieniędzy mają pod dostatkiem, stać ich na kosztowne wycieczki.
Robert spełnił swoje marzenie i otworzył w Krakowie klinikę. Raz w miesiącu wyjeżdżał na kilka dni do Bostonu, żeby tam przeprowadzać zabiegi w klinice swojego byłego teścia. Renata zawsze kleiła mu górę pierogów na powitanie, bo wiedziała, że Robert za nimi wprost przepada.
Sielanka, prawda?
Cóż, sielanka skończyła się w momencie, kiedy Renata z dziećmi chciała zrobić mężowi niespodziankę i polecieli do jego bostońskiego domu. Okazało się, że książę miał więcej niż tylko jedną księżniczkę a całe „żyli długo i szczęśliwie” rozsypało się w ułamku sekundy. Czy można wybaczyć zdradę, nawet jeśli mężczyzna twierdzi, że był to tylko „sex dla sportu”? Czy istnieje jeszcze nadzieja, że da się radę spojrzeć w oczy swojego męża i uwierzyć w jego zapewnienie, że kocha, że przeprasza?
Autorka zadbała o to, żebyśmy poznali punkt widzenia obu stron. Kiedy emocje sięgały zenitu, kiedy wychodziła ze mnie złość na Roberta, kiedy płakałam nad biedną Renatą i w myślach współczułam gorąco Krzyśkowi, miejsce pierwszoosobowej relacji małżonków zastępował narrator, który nie stał po żadnej ze stron, przedstawiał tylko suche fakty, podawał niezbędne informacje.
Wbrew pozorom jest to trudna książka. Porusza tematy, o których zazwyczaj się milczy; gwałt w małżeństwie, zdrada, przemoc. Życie Orłowskich to idealny przykład na to, ze pieniądze szczęścia nie dają, wręcz przeciwnie, że często przez nie idealne życie zamienia się w farsę.
W drugiej części sagi mamy okazję spotkać bohaterów, którzy przewinęli się przez pierwszą część. Z krótkich epizodów dowiadujemy się co dzieje się z byłym narzeczonym Renaty, Andrzejem, z pierwszą miłością Roberta z lat licealnych, Jolką i jak miłości z dawnych lat potrafią zawrzeć szyki, by się zemścić za złamane serca.
Największą wadą tej książki jest bez wątpienia okładka, która sugeruje tani erotyk, polską podróbkę Grey’a. Różowa obwoluta, wymuskany mężczyzna i tandetny ślad szminki na jego koszuli, na pewno zmyliły nie jedną osobę, co do wnętrza książki.

Nie zwracajcie więc uwagi na okładkę i sięgnijcie po „Historię pewnej niewierności”. Warto, bo mało jest polskich książek, które opowiadają o tak trudnych sprawach w sposób, że chce się czytać dalej, że nie sposób jest odłożyć na bok niedoczytanej historii. Mało jest też książek, w której główna bohaterka nie jest ani heroicznie dzielna i nieczuła kiedy dowiaduje się o zdradzie męża, ani nie płacze ciągle w poduszkę. Renata jest tą, którą mogłaby być każda z nas; załamana, ale jednak na tyle odważna, by stawić czoła sytuacji.

Polecam.

prozami

Wyniki konkursu „W śnieżną noc”

W sniezna noc-okladka-miniPo długich konsultacjach z Mikołajem wyłoniliśmy zwycięzcę konkursu. Mam przekazać Wam wszystkim, że każdy list był wyjątkowy i każdy się Mikołajowi podobał. Nawet te z pretensjami, że Was nie odwiedza (na zaś pamiętajcie, że Mikołaj ma już trochę lat i słabe serce. Biedaczek musiał zażyć tabletki na wyrównanie ciśnienia, tak się przejął!)

Zwyciężył list od… Marcepanowej Panienki!
Serdecznie gratuluję i mam nadzieję, że autorka nie będzie miała nic przeciwko, jeśli opublikuję tutaj jej list.

Kochany Święty Mikołaju.
Piszę do Ciebie jak co roku, choć w końcu nie jestem już najmniejsza…
W tym roku starałam się być grzeczna, rzecz jasna nie zawsze mi to wychodziło. Bo czasami kłamałam, mówiłam brzydkie słowa, nie chciało mi się włożyć naczyń do zmywarki, albo nie zawsze miałam ochotę uczyć się do szkoły. Ale jestem już na tyle duża, że wydaje mi się, że w tym całym byciu grzecznym chodzi właściwie o to by być dobrym człowiekiem. Starałam się więc bardzo, bardzo, bardzo. Pomagałam leśnym zwierzętom w czasie mrozów, karmiłam sikorki, brałam udział w zbiórce żywności, pomagałam miejskiemu schronisku – zawsze gdy była okazja dostarczałam im jedzonko i lekarstwa, poza tym właśnie kilka dni temu przeżyłam przygodę w trakcie ratowania ciężarnej kotki, która okazała się być jednak, tak okrąglutkim i brzuchatym jak Ty, panem kotem…
Wracając do głównego tematu, rodzice od zawsze mówili mi że mam skłonności do rozwlekania się nad rzeczami mniej ważnymi, piszę do Ciebie jak co roku list i oczywiście nie mogę pominąć ważnych kwestii. Kochany Mikołaju, powiedz proszę Rudolfowi, żeby w końcu wytarł swoje kopytka gdy wchodzi do domu, co roku to samo, cały dom w odciskach raciczek! Mama zawsze w tym okresie mi to wypomina… Najbardziej brodaty Mikołaju, w tym roku postarałam się z ciasteczkami bardziej niż zwykle. Co roku dawałam Ci pierniczki do mleka, ale w tym roku będzie to herbata i kokosanki. Herbata dlatego, że wciąż pamiętam Twoje zeszłoroczne zażalenia, że w filiżance z mlekiem były kocie włosy, a Marcel i Orion podejrzanie się oblizywali…
Mikołaju, wiem że już się strasznie niecierpliwisz aby dowiedzieć się, co w tym roku Twoja mała Kaja chciałaby dostać pod choinkę. Przyznam szczerze, że nie ma tego zbyt wiele, przede wszystkim chciałabym dostać wieeeeelki wór karmy z łososiem, zestaw samobieżnych uciekających myszek, dziesięć kilo świeżego tuńczyka i duuuuużo kocimiętki dla moich domowych i dworzowych sześciu futerek, dla taty bardzo bym chciała bilet na lot w kosmos, bo tata kocha kosmos, dla Mamy kochany Mikołaju przynieś proszę wędzarnie, bo mama marzy o niej od jakiegoś czasu… No i na koniec dla mnie, rubaszny wąsaczu, proszę, tak bardzo, przynieś mi pod choinkę kubek termiczny, bym nie musiała do szkoły chodzić z prawdziwym kubkiem w koty i z termosem herbaty… I jakieś bardzo bardzo dobre zimowe czytadło, bo odkąd się przeprowadziłam, to popołudniami lubię usiąść przed kominkiem z dobrą książką, których mi ostatnio brakuje… Widziałam ostatnio w księgarni, książkę, napisaną między innymi przez Johna Greena, która mi się spodobała. Wyobraź sobie, że nawet jej tytuł kojarzy się z Tobą i Świętami! „W śnieżną noc”! Czytałam już w internecie o tej książce, i dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy, że jest ona podzielona na kilka części, i każda część jest zupełnie inna, choć wszystkie mają wspólny temat – miłość i święta – czyli to, co takie Kaje jak ja lubią najbardziej!
Mam nadzieję, że w tym roku nie przesadziłam z ilością prezentów, ale bardo bardzo bardzo chciałabym żeby pod choinką było dużo malutkich paczuszek, w końcu na święta przyjeżdża do mnie cała rodzina z dziećmi. Mógłbyś nas kochany Mikołaju odwiedzić, bo mój mały kuzyn Kuba jeszcze nigdy nie widział prawdziwego Mikołaja!
Będę powoli już kończyć, bo mama znów mnie męczy z tą zmywarką. Obiecuję, że do świąt będę już zawsze pomocna i pilna, bardzo chciałabym dostać wszystkie prezenty. Odpiszesz mi tak jak co roku kochany Mikołaju?
Przesyłam buziaki dla Rudolfa, prosto w ten jego czerwony nos! I dla Ciebie dużo cierpliwości przy czytaniu listów i przy roznoszeniu prezentów!

Buziaki od Kai!

PODSUMOWANIE SERII I PODSUMOWANIE LISTOPADA

rebiisPisałam już kiedyś, że nie lubię książkowych pożegnań. I że jak najbardziej oddalam moment, w którym będę musiała pożegnać się z serią, którą lubię.
Teraz przyszło mi pożegnać się z dzieciakami z Monumentu 14. Pisałam o nich wcześniej TUTAJ i TUTAJ. Przeżyły apokalipsę, przetrwały bez pomocy dorosłych, nauczyły się czym jest przyjaźń i heroizm. I kiedy wydawało się, że są już bezpiecznie w obozie dla ocalonych w Kanadzie, porwali się na kolejną niebezpieczną podróż, by ratować jedną z nich.
Josie, dziewczyna, która w drugim tomie poświęciła siebie, by ratować grupę, uważana była przez nich za martwą. Jako posiadaczka grupy krwi 0, bez maski, wdychając zanieczyszczone powietrze stawała się bestią nastawioną na zabijanie. Okazało się jednak, że Josie, dzięki pomocy pewnego staruszka przeżyła i znajduje się w Ameryce, we więzieniu dla takich niebezpiecznych osób jak ona.
Zakochany w niej Nico oraz Jake, Dean i Astrid wyruszają na ratunek. Trójka chłopców i ciężarna nastolatka uciekają przez wojskiem i niebezpieczeństwami, które czają się na każdym kroku.

Jak w każdej z książek tej serii, gryzł mnie w oczy miłosny trójkąt Dean-Astrid-Jake. Nie przypadł mi do gustu pomysł dwójki walczących razem i równocześnie między sobą nastolatków o ciężarną dziewczynę. Na szczęście to był wątek poboczny, autorka skupiała się bardziej na akcji niż na miłosnych problemach.

Zakończenie całej serii nie jest ckliwe, płaczliwe a co najważniejsze – autorka nie miała najmniejszego zamiaru uszczęśliwiać nim fanów, co jest jak dla mnie, największym grzechem pisarzy. Napisała je po swojemu i to widać; między innymi po tym, że wiele osób nie jest zadowolonych z epilogu.
Historia dzieciaków z Monumentu 14 zakończyła się najlepiej jak mogła, po ludzku. Bez fascynujących, nieprawdopodobnych i wydumanych zbiegów okoliczności, które ratowałyby je z każdej, nawet najniebezpieczniejszej sytuacji. W końcu to była tylko grupa dzieciaków, która i tak przeżyła wiele w ciągu tych kilku miesięcy, kiedy toczyła się akcja książek.

Jeśli nie znacie jeszcze historii napisanej przez Emmy Laybourne a lubicie książki o klęskach naturalnych, broni chemicznej i apokalipsie, to polecam Wam tą serię. Nie będziecie przy niej narzekać na nudę.

RebisPODSUMOWANIE LISTOPADA

Listopad wszystkim nam dał się we znaki. Ten długi, mglisty, deszczowy i pochmurny miesiąc przyniósł wiele smutków. Na szczęście jednak jutro jest już grudzień a jak wiadomo, w grudniu lżej się oddycha i lżej się rano wstaje.

Troszkę listopadowych statystyk:
Wejść w tym miesiącu: 3,740
Liczba komentarzy: 818
Najpoczytniejszy post: „Konkurs! W śnieżną noc”
Najbardziej komentowany: „Carvinia. Bluźnierstwo”

Prawdopodobnie (a mówił mi profesor na egzaminie, żebym nigdy nie zaczynała zdania od ‚prawdopodobnie’) przez to ciągłe zimno i brak słońca listopad był u mnie bardzo owocny pod względem:
Książkowym :
1. „Przypadki pani Eustaszyny” – Maria Ulatowska
2. „Grzeczna dziewczynka”- Mary Kubicka
3. „Wnuczka Reguela” – Krzysztof Koehler
4. „Miasto niebiańskiego ognia” – Cassandra Clare
5. „Wszechświat w skorupce orzecha” – Stephen Hawking
6. „Ostatnia noc świata” – C.S. Lewis
7. „W śnieżną noc” – Green/Johnson/Myracle
8. „Endgame” – James Frey
8. „Wszystko, tylko nie mięta” – Ewa Nowak
9. „Wojna domowa” – Mira Michałowska
10. „Monument 14. Wściekły wiatr” – Emmy Laybourne
11. „Zabrana o zmierzchu” – C.C.Hunter
12. „Historia pewnego związku” – Danka Braun
13. „W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka”
14. „Dzikie karty” – George R.R. Martin

Serialowym:

Całym sercem pokochałam „Supernatural”, do którego podchodziłam czterokrotnie.          I szczerze napiszę, że pierwszy sezon oglądałam jak za karę, ale jedna z blogerek napisała mi, że później akcja się rozkręca i – kurczę!- miała rację. Obecnie jestem na początku piątego sezonu i już mi smutno, że sezonów jest tylko 10!

Przez Deana i Sama zaniedbałam „Arrow”, „Chirurgów”, „Forever”,„Big Bang Theory” i „The 100”, ale z drugiej strony lepiej jak się nazbiera kilka odcinków i wtedy obejrzę.

Współprac:

Nie wiem czy wiecie, ale od listopada piszę dla portalu Interia360 i to pod własnym imieniem i nazwiskiem (taka ze mnie sadomasochistyczna dusza, że dałam możliwość hejtować się imiennie ^^) KLIK – link do mojego konta, jakby ktoś był ciekawy.

Miałam przyjemność być ambasadorką książki „W śnieżną noc” wydawnictwa Bukowy Las.

Pani Kasia z wydawnictwa Prozami napisała do mnie z propozycją współpracy, czego efektem jest i będą recenzja książek pani Danki Braun.

I jeszcze jedna wyjątkowa współpraca – z firmą Prestigo, która podarowała mi piękny, lśniący czytnik e-booków. Więcej o tym i o samym czytniku (jak się sprawuje, czy go kocham całym sercem [kocham!] i czy polecam) w kolejnym poście.

Konkursów:

Zorganizowałam dwa konkursy i oba jeszcze trwają!

W śnieżną noc – czas to jutra do północy
Wodospady Cienia – czas do 6 grudnia

I odpowiadając na Wasze pytania – nie wiem kiedy znajduję na to czas. Dodam tylko, że oprócz tego jeżdżę na zajęcia na studia (no dobra, nie na wszystkie, no ale!), widuję się z moim P. a czasami nawet uda się nam wyjść ze znajomymi.

(Tak naprawdę to mam magiczny eliksir, który sprawia, że moja doba trwa 50 godzin! Taka ze mnie cwaniara.)

Buziaki!

„Historia pewnego związku” Danka Braun

braunOn – Robert. Bawidamek, przystojniak, lekarz, cynik, seksoholik.
Ona – Renata. Nieśmiała, niezbyt urodziwa, księgowa, dziewica.

Spotkali się w czasach PRL-u w jednym z wielu krakowskich pubów. Początkowo nie zwracał na nią uwagi; były tam ładniejsze, chętniejsze i bardziej doświadczone od niej. Przekonała go do siebie poczuciem humoru i zaradnością. Wylądowali u niego w łóżku, gdzie uczył ją wszystkiego co powinna wiedzieć o sexie. Była bardzo pojętną uczennicą. On jej niczego poza romansem nie obiecywał, ona się zakochała. Wyjechał do Ameryki, wrócił po dziesięciu latach. A ona nie była już tą samą osobą. Miała syna i narzeczonego. Ale Robert lubił wyzwania i postanowił, że chce mieć Renatę.

„Historia pewnego związku” to pierwsza część sagi autorstwa Danki Braun. Okładka i opis książki sugerują, że to erotyk, ale na szczęście pani Braun jest bardzo wyważona w opisach łóżkowych zabaw. To jedna z tych książek, które, choć niepozorne, sprawiają, że nie sposób się od nich oderwać. Ciągle coś się dzieje, bohaterowie co chwilę jakimś zdaniem i decyzją, zmieniają swoje, jak dotąd, uporządkowane życie. A przy okazji wywracają do góry nogami życie innych.

Dużo humoru i delikatności wnosi do książki syn Renaty, Krzysio. Jest to bardzo inteligentny chłopiec, który nie ma problemów z nauką, ale ma je w kontaktach z rówieśnikami.

„- Chłopaki w przedszkolu spytali mnie, gdzie jest mój tata. Ja im odpowiedziałem, że nigdy nie miałem taty, bo moja mama nie potrzebuje męża. Oni na to, że musiał mnie tata zrobić, bo żeby było dziecko, to trzeba mieć męża. To ja im odpowiedziałem, że moja mama wszystko umie zrobić sama, nawet tapetować potrafi.”

Miałam problem z rozgryzieniem głównej bohaterki, Renaty. Raz wzbudzała moją sympatię, by kilka stron później zasłużyć sobie na niechęć z mojej strony. Zachowywała się niekiedy jak rozkapryszona dziewczynka; kiedy wszystko było już w porządku, to tupała nogą i wprowadzała chaos, bo ubzdurała sobie jakiś nieistniejący problem. Z pozoru była nieśmiała i cicha a jednak specjalnie wzbudzała zazdrość w Robercie i świetnie się przy tym bawiła. Zmieniała się jak kameleon; niekiedy była tak mdła i bezbarwna jak tylko być można, by chwilę później zachwycać i budzić podziw.

Z Robertem też nie była łatwo. Każdy z Was, kto sięgnie po tą książkę, z początku nie obdarzy go sympatią. Za to jak odnosi się do kobiet i jak je traktuje. Jednak retrospekcje z jego wcześniejszego życia sprawią, że spojrzycie na niego łagodniej i po trochu go zrozumiecie a nawet polubicie.

Ano właśnie, retrospekcje. Pojawiają się pomiędzy wydarzeniami teraźniejszymi i dotyczą nie tylko młodości Roberta, ale też czasu kiedy mieszkał w Ameryce oraz opisu tego, co działo się z Renatą po ich rozstaniu w 1989 roku. Dzięki nim łatwiej zrozumieć zmiany w zachowaniu głównych bohaterów.

Danka Braun stworzyła dwie charakterne postacie, nadając tym samym niezwykłego smaczku swojej książce. „Historię pewnego związku” czyta się szybko i z przyjemnością.
Zabieram się już za część drugą, która, mam nadzieję, będzie jeszcze lepsza, a Wam życzę miłej i udanej soboty.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu
prozami

„Zabrana o zmierzchu” – recenzja i kolejny konkurs!

zmierzchTydzień temu miała miejsce premiera trzeciego tomu serii „Wodospady Cienia” autorstwa C.C.Hunter. Niestety mój listonosz troszkę zaspał i przyniósł mi mój egzemplarz z lekkim opóźnieniem. Grunt, że jest i że mogłam już poznać najnowsze wieści z obozu dla nadnaturalnych nastolatków.

Kylie nadal nie wie kim jest; posiada zdolności przypisywane zarówno wampirom, wilkołakom i elfom. Kierowniczka obozu, Holiday, podejrzewa, że Kylie może być obrońcą; istotą, która ma za zadanie chronić słabszych i będących w niebezpieczeństwie. Sama zainteresowana najchętniej oddałaby wszystkie swoje „magiczne” moce i została znowu zwyczajnym człowiekiem, bez tych wszystkich duchów pojawiających się z samego rana i zmiennokształtnych podążających za nią krok w krok.

W „Zabranej o zmierzchu” dowiadujemy się więcej o organizacji JBF, która zajmuje się sprawami nadprzyrodzonych. Burnett, który obecnie jest współwłaścicielem Wodospadów Cienia wierzy bezgranicznie szefom JBF, ale Kylie dzięki nawiedzającemu ją duchowi kobiety dowodzi, że organizacja nie jest do końca tym, za co podają ją jej szefowie.

Jako, że jest to książka, której akcja ma miejsce w obozie pełnym nastolatków obojga płci, nie mogło zabraknąć w niej wątków miłosnych. I w końcu, w końcu autorka poświęciła więcej czasu mojej ulubionej postaci, Perry’emu. I nareszcie dostał swoją szansę w miłości. C.C.Hunter – dziękuję! W skrycie serca wierzę, że w dwóch kolejnych częściach Perry’ego będzie jeszcze więcej, ponieważ uważam, że ta postać ma potencjał i to nie mały!

Akcję w książce napędzają śledzący nadal Kylie Red i jego dziadek. Autorka uchyla rąbka tajemnicy w temacie kim oni są i czego chcą od głównej bohaterki. Niestety, by dowiedzieć się czegoś więcej musimy czekać na czwartą część. Chociaż swoje przypuszczenia już mam i jeśli się sprawdzą, to świat nadprzyrodzonych czeka wielka zmiana. A może i wojna?

„Zabrana o zmierzchu” to trzymająca poziom kontynuacja. Widać, że autorka ma pomysł na tą serię i wie jak go zrealizować. Dzięki temu nie marnuje ani jednej strony na czcze gadanie, każda relacja między bohaterami, każda ich decyzja ma swój rozdźwięk w przyszłych wydarzeniach. Pozwala to sądzić i mieć nadzieję, że dalsze części „Wodospadów Cienia” (a w Ameryce wydano pięć części) będą również dobre i interesujące.

Jeżeli nie znacie jeszcze Kylie, jej współlokatorek, kota-skunksa to polecam Wam serdecznie tą serię. A jeśli jesteście jej stałymi czytelnikami i nie czytaliście jeszcze trzeciego tomu to gorąco namawiam Was, żebyście jak najszybciej to zmienili.

Za egzemplarz książki dziękuję:

feeriaJako, że niedługo Święta i nastraja mnie to niezwykle pozytywnie mam dla Was kolejny konkurs (oczywiście konkurs Mikołajowy nadal aktualny –KLIK-.)

Tym razem boj toczyć się będzie o nowiutki, cieplutki, grubiutki egzemplarz „Zabranej o zmierzchu”.

Zasady:
1. Organizatorką konkursu jestem ja, autorka naczytane.blog.pl
2. Fundatorem nagrody jest wydawnictwo Feeria
3. Konkurs potrwa od 26 listopada do 6 grudnia
4. By zdobyć książkę należy zgłosić się pod tym postem i wpisać swój adres mailowy. Wyłonienie zwycięzcy odbędzie się poprzez losowanie.
5. Opcjonalnie można zamieścić informację o konkursie na swoim blogu, wtedy należy zaznaczyć to przy zgłoszeniu a los będzie liczył się podwójnie.
6. Wyniki konkursu pojawią się na blogu 8 grudnia *
7. Nagroda zostanie wysłana na koszt organizatorki tylko na terytorium Polski.

* 7 grudnia dorabiam jako Śnieżynka, dlatego wyniki dzień później.

Powodzenia!